I wyszedł cicho, pozostawiając swego gospodarza z szeroko otwartymi ustami i pobladłą twarzą.
XXVII Karta drgnęła
Joe wszedł do biblioteki i usiadł na ławie naprzeciw Parkera.
– Co odkryłeś?
– Miałeś słuszność, to był on… – Parker wzruszył ramionami. – Początkowo zaprzeczał, ale… kiedy poszedłem za twoją radą i nastraszyłem go trochę, załamał się od razu. Powiedział mi, że nie miał żadnych złych zamiarów. Chciał ją tylko postraszyć. Nie miał oczywiście pojęcia, że zostanie tu popełniona zbrodnia. Żeby to skrócić: zobaczyłem prawdziwe łzy w jego oczach. Ocierał je chusteczką i kajał się, jak gdyby to on zabił tę nieszczęsną Grace Mapleton. Wreszcie zaczął mnie błagać, żebym nikomu tego nie zdradził.
– A ty?
– Obiecałem mu… – Parker uśmiechnął się bezradnie – ale to niestety nie posunęło naprzód naszego śledztwa.
– Chcesz przez to powiedzieć, że byłeś także u Dorothy, przeczytałeś jej notatnik i nie odkryłeś w nim niczego, co mogłoby stanowić jakiś trop?
– Właśnie to chcę powiedzieć. Kiedy dowiedziała się, że to nie lord Redland podrzuca do jej pokoju trupie czaszki, wyraźnie była ucieszona i nie zapytała mnie nawet, kto to zrobił. Zresztą, nie powiedziałbym jej. A w notatniku były różne uwagi o nas wszystkich… – Joe dostrzegł, że jego przyjaciel zarumienił się nagle – nic ważnego.
– Zdaje się, że potraktowała cię z wyraźną sympatią?
– Skąd wiesz?… Tak… rzeczywiście… ale to nie ma znaczenia. A ty, czego dokonałeś?
– Byłem u doktora Harcrofta i dyskutowałem z nim parę minut o tym przeklętym mieczu. Twierdzi, że nawet gdyby pani Wardell była naprawdę szalona i odkryła w sobie nadludzkie siły, nie mogłaby tak jej przebić… Niestety, myślę, że on ma słuszność, Ben. Byłem też u pana Quarendona…
– Słuchaj – Parker westchnął. – Dzwonili z wioski. Cała ekipa jest już tu i czeka. Zaczął się odpływ, ale od morza wiatr gna ku brzegom sztormowe fale i przelewają się one przez groblę. Deszcz przestał padać. Superintendent Derry jest pewien, że mimo wszystko teraz nie mogliby przenieść ekwipunku. Powiedziałem im, że nic się w tej chwili nie dzieje i niech nie ryzykują, póki nie będą mogli spokojnie tu dojść.
– Mamy więc godzinę czasu, a może nawet więcej.
– I co zrobimy z tą godziną? Jeżeli pani Wardell nie mogła jej zabić, jesteśmy ciągle i beznadziejnie w tym samym miejscu. Gdyby nie psy Quarendona mógłbym jeszcze mieć cień nadziei, że gdzieś ukrywa się morderca, ale jestem pewien, że wywęszyłyby go. A jeżeli tego obcego mordercy nie ma, oznacza to, że nie ma żadnego innego. To obłęd, Joe! Taka sprawa może się człowiekowi przyśnić, ale nie może zdarzyć się na jawie.
– A gdybym powiedział ci, że ten morderca istnieje?
– Nie uwierzyłbym ci… – Parker westchnął. – Tu na stole przede mną leży kartka, a na niej wszystkie nazwiska ludzi, którzy pozostali w zamku po wyjściu służby. Nikt z nich nie mógł zabić Grace Mapleton.
– Mógł – powiedział spokojnie Alex.
– Kto?
Joe pochylił się nad stołem i zniżywszy jeszcze bardziej głos, powiedział mu.
– Jak to? – Parker spojrzał na kartkę. – Przecież…
– Zaczekaj – Joe powstrzymał go ruchem uniesionej ręki.
– Jeszcze nie wszystko rozumiem, chociaż zrozumiałem to, co najważniejsze. Chciałbym poprosić tu Franka Tylera, który nie przebił mieczem sekretarki swojej żony. Kiedy skończę z nim mówić, wszystko będzie jasne.
Parker bez słowa skinął głową. Najwyraźniej zaniemówił na chwilę. Raz jeszcze uniósł ku oczom swoją kartkę i wpatrzył się w nią, odczytując kolejne nazwiska.
– Ależ, Joe… – powiedział – Chyba nie zastanowiłeś się nad tym, co mówisz. Przecież…
Alex ponownie uciszył go.
– Pójdę po Tylera i sprowadzę go tutaj.
Wyszedł. Parker siedział przez chwilę ze zmarszczonymi brwiami i nagle twarz mu się rozjaśniła.
– Cóż za głupiec ze mnie! – wyszeptał. Joe powrócił.
– Tyler zaraz tu przyjdzie.
Usiadł obok Parkera, plecami do kominka, a twarzą do obu zbroi i gotyckiej skrzyni. Uśmiechnął się do przyjaciela.
– Przemyślałeś to, co powiedziałem?
– Tak – Parker skinął głową. – To nieprawdopodobne, ale jedynie możliwe.
– Znajdujemy się w luksusowej, jeśli wolno użyć takiego słowa, sytuacji – Joe uśmiechnął się. – Nie musisz aresztować mordercy, bo nie może uciec. Nie musisz się nawet nim zajmować, póki nie wejdzie policja.
– To prawda – Parker z niedowierzaniem pokręcił głową – ale…
Nie dokończył, bo drzwi otworzyły się i wszedł Frank Tyler. Ubrany był w biały sportowy dres i pantofle treningowe.
– Nie mogłem usnąć – opadł na ławę naprzeciw siedzących.
– Chciałem popracować trochę, żeby dotrwać do rana, ale nie mogę zebrać myśli.
– Chcielibyśmy, żeby pan nam pomógł – powiedział Alex spokojnie. – Mam nadzieję, że może pan to zrobić.
– Ja? – Tyler uniósł brwi.
– Tak. – Joe skinął głową. – Otóż, jak pan wie, żadna z osób, które wzięły udział w wymyślonym przez was konkursie, nie mogła zabić Grace Mapleton, a ponieważ przeszukał pan wraz z nami i psami pana Quarendona cały zamek, wie pan także, że nie ukryła się tu żadna osoba z zewnątrz. Ale bądźmy systematyczni i cofnijmy się do chwili, kiedy wszystkie osoby obecne w zamku zebrały się wieczorem w jadalni. Oczywiście, nie bierzemy pod uwagę Grace Mapleton, która opuściła nas, żeby zająć stanowisko w tym pokoju… – wskazał ruchem ręki makatę – ale nie musimy się nią teraz zajmować ze zrozumiałych względów. Tak więc, wszyscy zebraliśmy się w jadalni i po krótkiej ceremonii nastąpił konkurs. Było nas tam jedenaście osób. Od razu możemy wykluczyć jako potencjalnych morderców pana i Amandę, ponieważ ani przez ułamek sekundy żadne z was obojga nie znajdowało się poza jadalnią. Byliście gospodarzami i nie braliście udziału w konkursie. Tak więc, mogę z mojej listy wykreślić dwa nazwiska: Amanda Judd i Frank Tyler.
Pozostaje dziewięcioro uczestników konkursu. Trzeba od razu dodać, że jego niepisany regulamin zakładał powrót każdej z osób poszukujących Białej Damy, zanim wyruszy następna osoba. Oznacza to, że w ciągu całego konkursu nigdy nie nastąpiła taka sytuacja, aby dwie osoby znajdowały się równocześnie poza jadalnią…
Urwał na chwilę, a później podjął:
– A więc, jako pierwszy wyruszył wylosowany przez pana MELWIN QUARENDON, który wrócił mniej więcej po przepisanym kwadransie i oświadczył, że nie udało mu się odnaleźć ukrytej Grace Mapleton, której nie musimy już nazywać umownie Białą Damą. Pan Quarendon, którego oznaczymy numerem 1, wrócił do jadalni i już jej nie opuścił do chwili odkrycia morderstwa, a ponieważ kilka osób widziało Grace żywą po jego powrocie, ma on także niczym niepodważalne alibi. Jako drugi wyruszyłem ja, JOE ALEX, po mnie sir HAROLD EDINGTON, później JORDAN KEDGE, lord FREDERICK REDLAND, obecny tu BENIAMIN PARKER, DOROTHY ORMSBY i pani ALEXANDRA WARDELL. Prócz mnie, do łoża Grace Mapleton dotarli tylko: pan KEDGE, pan PARKER i panna ORMSBY, pozostałym nie udało się to, co potwierdza kartka, na której Grace zanotowała własnoręcznie czas przybycia czterech osób…
Umilkł na chwilę.
– … Ważne jest, że pan PARKER wyruszył jako szósty, a panna ORMSBY jako siódma. Oboje zastali Grace żywą, co stanowi absolutne alibi dla osób, które wyruszyły przed nimi, gdyż żadna z nich nie opuściła już jadalni po powrocie. Ostatnią osobą, która widziała Grace żywą, była Dorothy Ormsby, a ponieważ następna wyruszyła pani WARDELL, można byłoby założyć, że jedna z nich jest mordercą, bo albo mogła zabić Ormsby i pani Wardell znalazła zabitą przez nią Grace… albo Ormsby powiedziała prawdę i zabiła sama pani Wardell…
Potrząsnął głową, jak gdyby nie dowierzając słowom, które miał wypowiedzieć.
– Los jednak chciał, że ani Dorothy Ormsby, ani Alexandra Wardell nie mogły zamordować Grace. Albowiem okoliczności zabójstwa wykluczały zadanie ciosu przez drobną kobietę niewielkiego wzrostu… Żadna, z nich nie mogłaby zadać ciosu z góry tym olbrzymim mieczem, który zna pan doskonale, gdyż wisiał na ścianie w pańskim pokoju.