– Ja mogę z kolei dać panu słowo, że to, co powiem, nie dotyczy… – zawahał się – nie dotyczy tego morderstwa.

– A czy dotyczy innego morderstwa? Pan Quarendon nie odpowiedział.

Alex czekał.

– To bardzo trudne… – powiedział wreszcie ochrypłym szeptem pan Quarendon.

– Może pomogę panu – Joe nie spuszczał z niego oczu. – Grace Mapleton była bardzo piękną kobietą.

Pulchny wydawca drgnął gwałtownie.

– Co pan chce przez to powiedzieć?

– Bardzo piękną i bardzo niebezpieczną, tak niebezpieczną, że być może niejeden ucieszy się przeczytawszy w jutrzejszych dziennikach, że osoba o tym imieniu i nazwisku została zamordowana.

– Tak pan sądzi?

Joe przytaknął ruchem głowy.

– Pytanie brzmi bardzo prosto, panie Quarendon: czy wiadomość ta ucieszyła pana i pańskiego przyjaciela, sir Harolda? A może tylko jednego z was?

– A dlaczego miałaby nas ucieszyć?

– Ponieważ Grace Mapleton była niebezpieczną i bezwzględną szantażystką.

– Skąd pan wie? Czyżby pan także…?

Quarendon urwał.

– Och nie – powiedział Alex leniwie, czując nie wiadomo dlaczego, że nie mówi całej prawdy. – To nie moje osobiste doświadczenie. Nazwijmy to umownie “wiadomością zdobytą w śledztwie”.

– Boże! – powiedział Quarendon. – Co robić? Joe spojrzał na zegarek.

– Za kilkadziesiąt minut, jeśli nie za chwilę, wejdzie tu wielka ekipa policyjna, pełna gorliwych, natarczywych funkcjonariuszy… ponieważ morderca nie został schwytany, ani nawet nie znamy jego nazwiska, rozpoczną drobiazgowe grzebanie w życiu wszystkich tu dziś obecnych. Ani komisarz Parker, ani tym bardziej ja, nie będziemy mogli się temu przeciwstawić, bo śledztwo rządzi się swymi prawami nie zważając na majątek ani stanowisko osób podejrzanych… a przyzna pan, że nawet w tej chwili mówi pan do mnie jak człowiek, który ma coś na sumieniu. Nie mogę panu przyrzec, że nie powtórzę nikomu tego, co mógłby mi pan powiedzieć, ponieważ nie mówi mi pan prawdy. Mogę przyrzec jedynie, że jeśli powie mi pan całą prawdę, a nie będzie ona związana z zabójstwem Grace Mapleton, zachowam ją dla siebie, jeśli to będzie możliwe. To wszystko. Mam dwie minuty czasu i jeśli nie zechce pan powiedzieć mi tego, co pan kryje przede mną, pozostawię pana i pańskiego przyjaciela z waszymi problemami. A ponieważ znam pana od wielu lat i łączą nas dobre i przyjazne stosunki, będzie mi bardzo przykro, bo chcę wam obu oszczędzić kłopotów.

Pan Quarendon nie odpowiedział. Po chwili Joe spojrzał na zegarek.

– Dobrze – powiedział cicho wydawca. – Powiem panu. Ale muszę pana uprzedzić, że w grę wchodzi szczęście dwóch rodzin i los dwóch przyzwoitych ludzi.

– Więc pan także… – szepnął Alex i pokiwał głową ze zrozumieniem.

– Nie! – zaprzeczył gwałtownie pan Quarendon. – Przed wielu laty przysiągłem sobie, że nigdy żadna sekretarka, pokojówka… Mój Boże, wie pan, o co mi chodzi. Żaden mężczyzna nie jest święty, ale nie wolno na nic pozwalać sobie w pracy ani w domu… To zawsze jest groźne i często źle się kończy… Dlatego nie o mnie tu chodzi. Powiem panu, powiem panu wszystko i niech mnie pan ratuje, mnie i sir Harolda! Mam córkę, a jej mąż jest młodym, świetnie zapowiadającym się członkiem Izby Gmin… mają dwoje dzieci… A moja córka jest bardzo zazdrosna i gdyby przeczytała na przykład w gazecie, że mąż ją zdradza, myślę, że oznaczałoby to koniec jej małżeństwa. Jest bardzo dumna. Dla niego także byłby to koniec kariery. Publiczny skandal to ostatnia rzecz, którą darowałaby mu Partia Konserwatywna! Sir Harold jest moim najbliższym przyjacielem, często odwiedzał mnie w wydawnictwie i razem szliśmy na lunch do klubu… A ten piękny szatan w spódnicy siedział w pokoju, przez który musiał przejść każdy, kto chciał się do mnie dostać… – Odetchnął głęboko i grzbietem dłoni otarł pot z czoła. – Sir Harold jest człowiekiem żonatym, ma troje dzieci i tyleż wnuków. Pamięta pan aferę Profumo? Taka właśnie dziewczyna zniszczyła kompletnie bardzo zdolnego i skądinąd uczciwego człowieka, członka rządu… Nie wspominam nawet o jego rodzinie i wstydzie, który spłynąłby na nią z tych koszmarnych brukowców, drukowanych w milionach egzemplarzy… – Znowu odetchnął głęboko. – Może pan spytać, jak się o tym dowiedziałem. Zięć przyszedł do mnie i powiedział mi. Byłem jedynym człowiekiem, któremu mógł zaufać. Bał się mówić o tym z własnym ojcem. Wtedy zwierzyłam się Haroldowi, szukając jego rady. I okazało się, że jest w takiej samej sytuacji!… Ta kobieta była demonem. Zimnym, racjonalnym demonem, obdarowanym przez Naturę umiejętnością nieuchronnego zdobywania mężczyzn. W obu wypadkach było to samo: wyuzdane fotografie: ona i ofiara w pozach nie pozwalających na żadne wątpliwości… Mój głupi zięć zadzwonił nawet kilka razy do niej, do mego biura i oczywiście nagrała te rozmowy… W obu wypadkach postąpiła tak samo: żądała pieniędzy, co miesiąc, nie za wiele, ale i nie mało… tyle, ile ofiara na pewno była w stanie zdobyć bez większego kłopotu. Ale w każdej chwili coś się mogło stać, ktoś mógł znaleźć te kasety i klisze, mogła przejść do generalnej ofensywy, mogła w rzeczywistości zrobić, co zechce. Miała ich przecież w ręku. Powiem teraz coś, co może panu wydać się zabawne. Wymyśliłem własną powieść kryminalną, mister Alex. Kupiłem zamek Wilczy Ząb, sprowadziłem tu pod pretekstem tego jubileuszu Amandę Judd z mężem i Grace, która na szczęście nie była już od dwóch lat moją sekretarką, bo sama odeszła i pozostaliśmy w dobrych stosunkach. Nie miałem przecież pojęcia o jej procederze. Zaprosiłem gości i stworzyłem ten konkurs. Harold i ja mieliśmy się tu pozbyć tej jadowitej kobry. Pomysł mój był prosty: Drugiego dnia pobytu miałem ją poprosić, aby weszła z nami na wieżę i zrobiła mi wspólne zdjęcie z Haroldem. A wtedy on miał strzelić jej w twarz z pistoletu gazowego obezwładniającym nabojem, ja zarzuciłbym jej na szyję aparat fotograficzny i razem przerzucilibyśmy ją przez obramowanie do morza, oczywiście nie od strony lądu, ale pełnego morza, gdzie nikt by tego nie dostrzegł. Gdyby była jakaś łódź w pobliżu, poczekalibyśmy. Później zbieglibyśmy wołając, że Grace chciała nas sfotografować, weszła na obramowanie, potknęła się i runęła. I nikt, ani pan, ani pana przyjaciel Parker, nie pomyślałby nawet, że dwaj tak szacowni i niemłodzi ludzie mogliby razem zamordować miłą, młodą kobietę, o której dopóki żyła nikt nie wiedział niczego złego. Byliśmy absolutnie pewni swego. Nie miałem wyrzutów sumienia. Szantażysta jest najplugawszym ze stworzeń. Ale Harolda przerażał sam czyn.

– A gdzie jest ten pistolet gazowy? – zapytał niespodziewanie Alex.

– Tutaj… – pan Quarendon podszedł do stolika, wyciągnął szufladę i podał mu ciemno-oksydowany pistolet.

Joe skinął głową i schował go do kieszeni.

– To nie koniec – powiedział prędko gospodarz. – To miał być nieszczęśliwy wypadek i byliśmy pewni, że nikt nie rzuci się do robienia rewizji w mieszkaniu Grace, a my dostalibyśmy się tam. Niestety, w tej chwili popełniono morderstwo i nie wiemy… nie wiemy, co policja tam znajdzie…

– Rozumiem – Powiedział Alex. – To, co mi pan powiedział, nie jest na razie istotne. Sam zamiar nie podlega karze, jeżeli nie zaczęto go realizować… Zresztą, rozmawiamy w cztery oczy i gdybym komukolwiek o tym napomknął, może pan po prostu powiedzieć, że wszystko to wymyśliłem.

– Ale…

– Ale mogę pana pocieszyć. Ja wiem, kto zabił Grace Mapleton. Wiem od pierwszej chwili, bo nie miałem żadnego wyboru. Tylko jedna osoba mogła wchodzić w grę. Nie wiedziałem, dlaczego to zrobiła. Od pewnego czasu wiem. Jestem pewien, że policja nie udostępni nikomu ani jednego dowodu mogącego skompromitować którąś z ofiar zamordowanej. Zresztą jestem przekonany, że w mieszkaniu Grace Mapleton nie znaleźlibyście panowie niczego. Nie była to osoba roztargniona, o ile wiem. A z pewnością nie byliście jedynymi ludźmi, którzy wiele by dali, żeby odzyskać zdjęcia, listy czy kasety z nagranymi rozmowami. Dobranoc, mr. Quarendon.


Перейти на страницу:
Изменить размер шрифта: