XXVI To miał być wypadek

– I co teraz? – rozejrzał się raz jeszcze po pokoju. Wzrok jego zatrzymał się na pani Bramley, siedzącej w fotelu z upiornym uśmiechem na twarzy. – Gdyby to była inna broń! – jęknął niemal. – Gdyby to nie był ten przeklęty, kolosalny miecz!

Alex położył mu rękę na ramieniu.

– Słuchaj, do świtu mamy jeszcze godzinę, może nawet trochę mniej. Skończmy, te przesłuchania. Najpierw chciałbym ustalić pewną rzecz, myślę o tym przeklętym szkielecie. Wydaje mi się, że podrzucił go Kedge, i że to zwykły idiotyczny dowcip, ale któż to może wiedzieć?

– Dlaczego sześćdziesięcioletni, poważny człowiek miałby robić tak idiotyczne dowcipy?

– Dlatego, że Dorothy Ormsby napisała kiedyś o nim miażdżącą recenzję, która bardzo mu zaszkodziła, bo wszyscy liczą się z jej zdaniem. Nie chcę być obecny przy waszej rozmowie, bo to mój kolega, znamy się od lat i rzecz byłaby żenująca. Mógłby się tego wyprzeć w żywe oczy. Wstyd nie pozwoliłby mu się przyznać. Natomiast zapytany przez ciebie, kiedy w dodatku powiesz mu o odciskach palców i wymyślisz jeszcze coś obciążającego, przyzna się na pewno, bo nie wierzę, żeby to robił w rękawiczkach. Pamiętaj, że musiało to się stać podczas konkursu, a Kedge najdłużej nie powracał do jadalni! Później na wieść o śmierci Grace nie umiał ukryć przerażenia. Dasz sobie zresztą radę. Druga sprawa, to Dorothy Ormbsy. Także nie chciałbym tam być, zaraz ci powiem dlaczego. Możesz do niej wejść, jeśli Kedge przyzna się do podrzucenia szkieletu. Oczywiście, nie mów jej, że to Kedge. Nie masz obowiązku mówić jej tego. Ważne jest, żebyś jej powiedział, że to nie lord Redland. Wydaje mi się, że tych dwoje coś kiedyś łączyło i Dorothy odrzuciła jego propozycję małżeństwa. Przed godziną była pewna, że to jego ohydny żart i dostrzegłem, że łzy jej stanęły w oczach. A Dorothy Ormsby nie wygląda na osóbkę, która płacze na zawołanie… Parker skinął głową i wziął za klamkę.

– Zaraz – szepnął Alex. – Kedge i ta sprawa z lordem Redlandem to przecież rzecz marginalna. Ważne jest co innego. Dorothy przez cały wieczór pisała w swoim notesie. Są tam, zdaje się, rozmaite spostrzeżenia dotyczące zachowania poszczególnych ludzi w jadalni. Musisz to przeczytać! Jeżeli nie będzie ci chciała dać tego notatnika, poproś ją stanowczo o możność przejrzenia go w jej obecności. Mnie na pewno by go nie pokazała, gdyż jestem osobą prywatną ale tobie nie może odmówić, bo popełniono zbrodnię, a ty jesteś oficerem policji. Błagam, przeczytaj to pilnie, bo może nagle wyskoczyć coś, o czym obaj w ogóle nie pomyśleliśmy. Przecież tę nieszczęsną Grace ktoś jednak zamordował.

– Dobrze… – Parker skinął głową – A ty?

– Ja pójdę do doktora Harcrofta i pomęczę go jeszcze w sprawie tego miecza. Jest przecież doświadczonym lekarzem. Może istnieje jakieś inne rozwiązanie? Nie wiem. Ktoś ją przecież zamordował, jak powiedziałem… Później chcę zajrzeć do Qarendona i zapytać go o to, kto kogo zapraszał tutaj na ten jubileusz Amandy? To też może być istotne… A później porozmawiać z Tylerem i… do zamku wejdzie tłum policjantów, wzejdzie słońce, jeżeli chmury pozwolą mu się ukazać i śledztwo potoczy się dalej.

– Dokąd się potoczy? – westchnął Parker. – Zapukaj do Kedge’a i powiedz mu, że czekam na niego w bibliotece. Bliskość umarłej zrobi na nim wrażenie.

Joe bez słowa skinął głową. Wyszli, zamykając cicho drzwi za sobą. Alex wskazał sąsiedni pokój i ruchem ręki przynaglił przyjaciela. Parker oddalił się szybko na palcach. Gruby chodnik tłumił jego kroki. Joe odczekał jeszcze chwilę i zapukał lekko.

– Kto tam? – zapytał Kedge półgłosem przez drzwi.

– Alex.

Drzwi uchyliły się. Kedge był nadal w wieczorowym stroju.

Najwyraźniej nie spał ani chwili.

– Co się stało? – zapytał przestraszonym głosem.

– Beniamin Parker chce mówić z tobą. Przesłuchuje tu wszystkich przed przyjazdem policji z hrabstwa. Chodzi o to, żeby osoby, które nie mają nic wspólnego z… no wiesz z czym… mogły odjechać jak najprędzej.

– Za chwilę tam będę… – Kedge zawahał się, ale po sekundzie namysłu cofnął się i zamknął drzwi. Joe ruszył krużgankiem, doszedł do końca korytarza i skręcił w prawo.

Zatrzymał się przed drzwiami doktora Harcrofta, zapukał cicho i wszedł.

Kiedy wyszedł stamtąd po dziesięciu minutach, na korytarzu nadal panowała cisza. Ruszył w prawo i zajrzał do sali bibliotecznej. Była pusta. Parker najprawdopodobniej rozprawił się z nieszczęsnym Kedge’m i był teraz u Dorothy.

Joe ruszył w kierunku drzwi pokoju pana Quarendona, kiedy otworzyły się one i ukazał się w nich pulchny wydawca we własnej osobie. Na widok Alexa uniósł gwałtownie ręce, później cofnął się do pokoju przyzywając go do siebie.

Zdumiony Joe wszedł. Pan Quarendon stał z uniesioną ręką, zwrócony ku obu swoim psom, które uniosły się na widok wchodzącego.

– Leżeć! – powiedział cicho i dobitnie.

Położyły się i znieruchomiały, ale oczy ich wpatrzone były w twarz nowo przybyłego.

– Niech pan siada, błagam! – pan Quarendon wskazał Alexowi krzesło. – Proszę sobie wyobrazić, że wyszedłem, żeby zapukać do pana! Co za zbieg okoliczności!

– Tym większy – powiedział spokojnie Joe – że ja także szedłem właśnie do pana.

– Doprawdy? – Pan Quarendon uniósł brwi i zamilkł nagle. Później znów ożywił się – Czy już panowie ustaliliście, kto…?

– Nie.

Joe potrząsnął przecząco głową.

– Nie ustaliliśmy, ale mamy rozmaite mniej lub bardziej prawdopodobne teoryjki, z których jedna zapewne okaże się prawdziwa. Co nie oznacza, że śledztwo nie może być drobiazgowe i ciągnąć się bardzo długo. Wiem, że to będzie nieprzyjemne dla osób niewinnych, tym bardziej, że prasa rzuci się pewnie na to zdarzenie jak sfora wilków. Same nasze nazwiska wystarczą, żeby dodać temu wszystkiemu ponurego blasku… Żal mi pańskiego przyjaciela sir Harolda Edingtona. Chciał pan ozdobić nasze skromne zebranie obecnością ministra, tymczasem nieszczęśnik będzie musiał długo znosić widok własnej twarzy na pierwszych stronach wszystkich brukowych pism Wielkiej Brytanii. Nie mówiąc już o grzebaniu się w jego życiu prywatnym, obyczajach, słabostkach i tak dalej. Właśnie dlatego chciałem teraz odwiedzić pana. Powinienem był zapukać do niego, ale prawie go nie znam. A istnieje pewne pytanie, które powinienem mu zadać.

– Pytanie?! Nie przypuszcza pan chyba…

– Nie wolno mi niczego przypuszczać. Tam, gdzie w grę wchodzi morderstwo, trzeba wiedzieć. Ale oczywiście, śledztwo musi dążyć do likwidowania wszelkich niejasności…

– Niejasności? A cóż niejasnego…? Joe uniósł rękę i powstrzymał go.

– Może to głupstwo… – powiedział z lekkim wahaniem – ale wczoraj rano, po przyjeździe, doznałem wrażenia, że sir Harold jest albo czymś bardzo przejęty, albo znajduje się pod naciskiem jakiejś myśli, która wytrąciła go z równowagi. Kiedy mijaliśmy się w furcie zamku, gdy wyprowadzał pan na spacer swoje psy, sir Harold sprawiał wrażenie człowieka znajdującego się w transie… Oczywiście, mogę się mylić. Być może sir Harold wygląda tak czasami bez żadnej przyczyny, albo po prostu jest przepracowany? A może wstał zbyt wcześnie lub nie znosi podróży powietrznej? Znam bardzo odważnych ludzi, którzy przeżywają ciężko każdą podróż samolotem. Z helikopterem może być podobnie… W każdym razie dręczy mnie to pytanie. Zna go pan od wielu lat i jest pan jego przyjacielem. Czy według pana zachowanie jego wczoraj rano było najzupełniej normalne?

– Jestem pewien, że… – zaczął pan Quarendon i znowu zamilkł. Przez chwilę siedział wpatrując się w Alexa. Później poruszył się niespokojnie. Psy zwróciły oczy ku niemu.

Alex także milczał.

– Czy może mi pan dać słowo, że to co powiem, nigdy nie zostanie powtórzone żadnemu człowiekowi? – Pan Quarendon pochylił się do przodu.

Alex rozłożył bezradnie ręce.

– Kilka godzin temu zamordowano tu młodą kobietę, pańską byłą sekretarkę i prowadzimy śledztwo w tej sprawie. Jakże może mnie pan prosić, abym zobowiązywał się do milczenia nie wiedząc nawet, co pan chce powiedzieć?


Перейти на страницу:
Изменить размер шрифта: