Odetchnął i ciągnął dalej.
– Zanim dojdę do najważniejszego, pomyślmy o kluczu. Jeśli powstał tak precyzyjny plan zabicia Grace, czy można przypuszczać, że morderca mógłby nie mieć klucza? A przecież Dorothy Ormsby po wejściu do Grace, zamknęła ponownie drzwi na klucz wychodząc i zgodnie z instrukcją włożyła klucz do garnka w kominku, żeby mógł go tam znaleźć następny z biorących udział w konkursie. Wyobraźmy teraz sobie panią Wardell, która wie, co się za kilkanaście minut musi stać, a nie ma klucza i stara się rozpaczliwie odgadnąć kolejne dwuwiersze, żeby go znaleźć! Nie, panie Tyler! Harcroft i Wardell nie mogli nawet marzyć o wypełnieniu swego planu, gdyby nie wiedzieli, gdzie tego klucza szukać! A kto mógł im powiedzieć? Jedna jedyna osoba, pan! A kto mógł powiedzieć Harcroftowi, że zastanie Grace leżącą na wznak z zamkniętymi oczami, a w zasięgu ręki miecz, którym zdąży ją przebić, zanim dziewczyna zdoła się poruszyć?… Przecież nie wiedząc o tym wszystkim Harcroft nigdy by nie pędził jak wicher po schodach. Musiał dokładnie wiedzieć, ile mu to zajmie czasu. I musiał oczywiście mieć pod ręką ten klucz! Ale sądzę, że klucz pozostawiła mu w umówionym miejscu pani Wardell…
A teraz sprawa, która byłaby nawet zabawna, gdyby wolno było w tej chwili użyć tego słowa. Otóż cały plan Harcrofta i Wardell musiał być, oczywiście, oparty na tym, że wyruszy ona jako przedostatnia, powracając zemdleje, a Harcroft będzie miał absolutne alibi, ponieważ byłby wylosowany jako ostatni, gdyby nie przerwano konkursu. Oznacza to, że aby plan mógł się spełnić musieli oni mieć kolejne numery 8 i 9. Oczywiście mieli! Może pan powiedzieć, że to przypadek, ale pamiętajmy, że ich precyzyjny plan tego właśnie wymagał. A czy pan wie, jaka była przypadkowa szansa takiego układu przy losowaniu?…
Czekał przez chwilę na odpowiedź. Tyler milczał. – Tak potrafią wprowadzać ludzi w błąd małe liczby… – westchnął Joe – Otóż gdyby urządzał pan taki konkurs codziennie, to szansa przy losowaniu dziewięciu liczb, że pani Wardell będzie ósma, a pan Harcroft dziewiąty, wystąpi przeciętnie raz na piętnaście lat! Czy chce mi pan wmówić, że ludzie ci przyjechali tu licząc na taką szansę?… Ale plan ten naprawdę miał elementy genialności. Muszę to panu przyznać. Wymyślił pan konkurs, w którym ofiara czeka samotnie na górnym piętrze za drzwiami i pośród grubych murów, a gdyby nawet krzyknęła, czy próbowała się bronić, to przecież od paru godzin wszyscy obecni słyszeli krzyki, wycia, jęki, łoskot i sto innych manifestacji gwałtownej śmierci… I któż nie wtajemniczony mógłby pojąć, dlaczego Grace zginęła? Żadna z ofiar nie pisnęłaby nawet. Gdyby nie to, że pani Wardell zapragnęła połączyć się ze swymi ukochanymi zmarłymi, nie wiedziałbym, że Grace Mapleton to twarda, bezwzględna szantażystka! Powinien był pan zwyciężyć!… Ale jest jeszcze jedno ważne pytanie: dlaczego chciał się jej pan pozbyć? Najprościej byłoby powiedzieć, że wpadł pan jak inni i nie chciał pan, żeby Amanda dowiedziała się o pańskim romansie z jej sekretarką… Ale myślę, że to nieprawda. Grace Mapleton była twardą, pedantyczną osobą, o bardzo silnym, jak sądzę, charakterze i małej wyobraźni. Znalazłem w jej szafie ukryte trzy fragmenty tekstów pisane ręką Amandy, wszystkie one nadawałyby się doskonale jako listy samobójcze leżące przy zwłokach… Nie jestem oczywiście pewien tego, co mówię, ale wydaje mi się, że to było tak: poznaliście się bardzo wcześnie, nie wiem, czy Grace była pańską żoną, czy nie, ale nie to jest ważne. Byliście parą bardzo młodych ludzi, którzy przybyli do Londynu, żeby zwyciężyć. Może zdziwi się pan, ale myślę, że ona kochała pana, tylko pana właściwie, i nie przestała kochać… Różnie wam się powodziło. Nie wiem, czy to ona poleciła pana, będąc już sekretarką, panu Quarendonowi, a może to pan zaczął tam robić okładki i wciągnął ją? Nie jest to ważne. Zaczęliście powoli gromadzić pieniądze: z pracy, z pańskich okładek, z szantażu… bo nie ulega dla mnie wątpliwości, że to pan robił te zdjęcia. A kiedy Amanda Judd zaczęła robić gwałtownie karierę, znaleźliście się nagle u jej boku… I tu chyba Grace, która nie miała zbyt wielkiej wyobraźni, popełniła błąd. Amanda zdążyła już zarobić masę pieniędzy, a pan oczywiście byłby jej spadkobiercą… Myślę, że Grace uznała, że wystarczy wam to do szczęścia i Amanda musi zniknąć… Nie wiedziała tylko, że pan, Franku Tyler, myśli coś wręcz przeciwnego. Rozmawiając dziś w południe z panem na wieży, miałem wrażenie, że jest pan zupełnie szczery. Jest pan przecież w końcu nie tylko wspólnikiem szantażystki, ale także artystą. Te okładki zaczęły pana wciągać, inteligencja Amandy zafascynowała pana… zaczął pan rozumieć, że życie z nią… uczciwe życie, to coś nieskończenie lepszego niż życie z Grace Mapleton, w dodatku okupione zbrodnią… Kiedy pan to zrozumiał, Grace Mapleton była skazana. Ten jubileusz stał się zupełnie fantastyczną okazją. Znając przecież wszystkie ofiary Grace, mógł pan znaleźć wykonawcę czy wykonawców swoich planów. A najładniejsze było to, że pan jeden miałby tu absolutne alibi, niewinny jak dziecko, obecny bez przerwy w jadalni na oczach wszystkich, kiedy los Grace dobiegał kresu…
Alex urwał. Tyler nie odezwał się.
– Może pan sądzić, że druga część tego, co powiedziałem o waszej przeszłości, oparta jest na moich pospiesznych spekulacjach myślowych… Ale nie zna pan policji. Kiedy ludzie pana Parkera zaczną zbierać wiadomości o pańskim życiu, nie spoczną aż nie przebadają każdego dnia i każdej godziny, a wówczas cała prawda wypłynie na powierzchnię. Być może doktor Harcroft znajdzie dla siebie okoliczności łagodzące, bo był ofiarą, a żadna ława przysięgłych nie stoi po stronie szantażystów. Ale pan zabił z zimną krwią osobę, która była pańską wspólniczką w niezliczonych przestępstwach… Pana zdjęcia staną się dowodami rzeczowymi i pewien jestem, że nie ujrzy pan już nigdy drzewa ani łąki. Kara śmierci została zniesiona, ale dożywotnie więzienie jest chyba gorsze niż ona. Nie chcę rozwodzić się nad zniszczonym życiem Amandy…
Siedzący przed nimi człowiek poderwał się jak dzikie zwierzę. Parker rozkrzyżował ręce i zasłonił sobą drzwi. Ale Tyler w dwóch skokach znalazł się przy wąskich drzwiczkach prowadzących na wieżę.
– Zatrzymaj go! – krzyknął Parker.
Joe ruszył w chwili, gdy Tyler otworzył drzwiczki i zniknął.
Wypadli za nim.
– Biegnie w górę! – powiedział Joe – Nie ucieknie! Słyszał nad sobą kroki biegnącego, Spiralne schodki wirowały przed nim. Nagle Alex potknął się, a biegnący za nim Parker wpadł na niego. Podnieśli się i ruszyli słysząc wysoko nad sobą trzask otwieranej klapy. Ostatnie stopnie. Uderzył w nich wiatr. Joe wysunął głowę nad powierzchnię wieży i zobaczył biały dres Tylera, który stał na obramowaniu, patrząc na nich.
– Stój! – zawołał Parker,
– Tyler odwrócił głowę, spojrzał w dół i skoczył. Podbiegli do obramowania; pod nimi w ciemności, która zaczynała już szarzeć, fale wściekle tłukły w wystrzępione zęby skał. Bliżej można było dostrzec białą nieruchomą plamę.
– To chyba on… – powiedział Parker przekrzykując szum wiatru.
Joe bez słowa skinął głową.
– Może żyje…? – Parker wyjrzał raz jeszcze.
– Nie! – zawołał Alex przekrzykując huk tłukących w skały fal. – Nikt by tego nie przeżył! I nie dotrzemy tam przed odpływem… Jeżeli woda go nie zabierze wcześniej…
Parker otworzył usta, ale nie odpowiedział. I on miał absolutną pewność, że Frank Tyler zginął na miejscu.
– Deszcz przestał padać – powiedział Joe.
– Tak.
Przeszli wokół obwodu wieży, smagani wiatrem. Teraz naprzeciw nich zamigotały latarnie przy wiejskiej uliczce. Bliżej także były światła, reflektory kilku aut, stojących na krawędzi drogi u wylotu grobli, przez którą przewaliła się właśnie wysoka fala wzbijając obłok piany. Ale biegnąca aż ku zamkowi poręcz była już częściowo widoczna.
Parker zawrócił i zaczął schodzić. Alex poszedł za nim nie zamykając klapy. Uczuł nagłe zmęczenie.