VI
Czeka wszystkich nas zagładaI jest na to jedna rada:Złapmy lisa lub zastrzelmy – Dość już rządów tego szelmy,Tego lisa Witalisa,Który soki z nas wysysa!Padły słowa: – Racja! Brawo!– Lis Witalis gwałci prawo!– Zniszczył wszystkich nas ze szczętem!– Precz! Precz z takim prezydentem!I uchwalił wiec zwierzęcy,Że nie ścierpi tego więcej,Że lis broił co niemiara,Więc go musi spotkać kara.Lis tymczasem do lusterkaNiespokojnym okiem zerka;Nagle widzi – co to? Rysa!Strach obleciał Witalisa.A tu rysa rośnie, rośnie,Załamuje się ukośnieI lusterko całe łamie.A Witalis siedząc w jamieZimny pot ociera z czoła.– Sprawa jednak niewesoła!machnął raz czy dwa ogonem,Po czym smutnie rzekł: – Skończone!Co użyłem, to użyłem,Dobrze jadłem, dobrze piłem,Za to teraz czas mi w drogę.Trudno. Zostać tu nie mogę!Zapakował parę waliz.I chciał umknąć lis Witalis.Zatrzymały go niedźwiedzie:– Po co śpieszyć się, sąsiedzie?Nie tak prędko, jeszcze chwilka,Wstąpić musisz wpierw do wilka,Wilk ma spraw do ciebie kilka.– Wilk zaprasza? Rzecz ciekawa!– Wilk cię wzywa w imię prawa!– Ani myślę. Nie chce mi się!– Mamy rozkaz Witalisie,Lepiej się nie stawiaj hardo,Bo dostaniesz halabardą.Tu lisowi ścierpła skóra.Widząc, że już nic nie wskóra,Ciężko westchnął, spuścił ogonI potulnie ruszył drogą.Wilk nań czekał w cieniu buka:Z prawej strony miał borsuka,Z lewej dzika. Nieco dalejDelegaci zwierząt stali.Lis zatrzymał się w pół drogi,Ale wilk, ogromnie srogi,Ryknął: – Bliżej! Ruszaj mi się!Kara cię nie minie, lisie!Brać go!Wzięły go dwa rysie,Ten za nogi, ów za głowę;Wilk zawołał więc: – Gotowe!Wtedy wyszły dwie łasiczki;Miała każda z nich nożyczki.Pochwyciły ogon lisa,Co jak ruda chmura zwisał,I do pracy się zabrały:Cięły, strzygły, przystrzygały,Odrzucały rude pęki,Podcinały puszek miękkiSzybko, zwinnie, lecz ostrożnie.A lis wił się jak na rożnie,Jęczał, szlochał, zrozpaczony:– Taki ogon nad ogonyOstrzyc… zniszczyć! O zbrodniarze!Jakżeż teraz się pokażę?Jak pokażę się z ogonemTak nikczemnie ostrzyżonym?!Rzeczywiście. Ogon lisaZwisał jak pałeczka łysa,A wiatr rudy puch rozwiewałI unosił ponad drzewa.Wypuściły lisa rysie,A wilk ryknął: – Wynoś mi się,Zmiataj, lisie Witalisie!Lis uciekał, gdzie pieprz rośnie.Raz zatrzymał się przy sośnieI usłyszał zawstydzony,Jak się z niego śmiały wrony,Kuny, susły, nawet jeże –Każdy ptak i każde zwierzę:– Taki ogon zamiast tyczkiMógłby być dla ogrodniczki!– Toż to sęk, nie żaden ogon!– Śmieszny widok, swoją drogą!– To ci ogon nad ogony!…Lis Witalis, ośmieszony,Wyszydzony, uciekł z lasuI już nikt od tego czasuNie oglądał Witalisa –Nawet ja, com go opisał.