– Kim jest dziennikarz z pierwszych wersów? – zapytała ze zdziwioną miną.
– Wyjaśnię, kiedy skończę.
Co nie znaczy wcale,że Lili dotyka mnie naprawdę. Nie ona, najpiękniejszalewaczka na stacji w lipcu 1970.Wyjeżdżaliśmy, pierwsza grupa„wykształconej młodzieży",wyjeżdżaliśmy na wieś.„Och, by nas re-re-re-edukowalibezro-olni i małoro-olni chłopi!"Glos przewodniczącego Mao krzyczałz podrapanej płyty na stacji.Przy parowozie Liiizaczęła tańczyć, unoszącczerwone serce wycięte z papieru, cudpod postacią chłopca i dziewczynytrzymających w dłoniach chiński znak „lojalni"wobec przewodniczącego Mao. Wiosnarewolucji kulturalnej drżaław jej pakach. Jej włosy powiewaływ ciemnym oku słońca.Skok, jej spódnicajak kwiat i sercewymyka się z paków, trzepoczącjak spłoszony bażant. Niedobrze –biegnę na pomoc – gdy je łapie.To akcent końcowyjej występu. Ludzie krzyczą.Zamieram. Bierze mnie za rękę,machając, nasze palce splatają sięz sobą, jakby moja pomyłkabyła stałą częścią występu, jakbyzasłona spadła na światjak kawałek białego papieru,by zakryć czerwone serce, na którymja byłem chłopcem, a ona dziewczyną.„Najlepsze pałce",dyrektor wciąż mówi. To ona.Nie mogę się mylić. Ale cóż mam powiedzieć,mówię oczywiście, to co mi wygodne,rzeczy się zmieniają, jak rzeczechińskie przysłowie, tak gwałtowniejak lazurowe morze w pole krzaków morwy,łub że te lata znikną – gdy machniesz cygarem.Oto ona, zmieniona,a jednak niezmieniona, jej palceskąpane w zielonkawej mazi,młode pędy bambusa dawno zanurzonew zimnej wodzie, obłażące ze skóry,ale tworzące doskonałość. Unosi dłoń raztylko, by wytrzeć potz czoła i zostawia na nimfosforyzujący ślad. Nie poznaje mnie– nawet kiedy widzi tabliczkę z nazwiskiemdziennikarza z „Dziennika Wenhui"na mojej piersi.„Nic ciekawego",powiada dyrektor.„Jedna z milionówwykształconej młodzieży, sama tu została»małorołną chłopką«,a jej palce – twarde jak szlifierka,lecz z rewolucyjną duszą, która polerujeducha naszego ludu, dając świetlanyprzykład triumfu socjalizmu".I tak mam już główną metaforę,oś mojego reportażu.Szmaragdowy ślimakpełznie po białej ścianie.– Smutny wiersz – mruknęła.
– Dobry, ale przekład nie oddaje walorów oryginału.
– Dlaczego? Przekaz jest wyraźny, a opowieść… bardzo poruszająca.
– „Poruszająca" to właściwe słowo. Miałem sporo kłopotu ze znalezieniem angielskiego odpowiednika. Liu Qing napisał ten wiersz.
– Kto? Liu Qing?
– Szkolny kolega Wen. Lihua o nim wspominał. Nowobogacki, który sfinansował spotkanie.
– Ach, rzeczywiście. „Koła fortuny obracają się tak szybko". Wspominał o nim też Zhu. Mówił, że Liu Qing w liceum był nikim. Czemu ten wiersz nagle stał się dla nas taki ważny?
– W domu Wen znaleziono antologię poezji…
– Tak, czytałam o tym w aktach. Chwileczkę: rewolucyjna szlifierka, fabryka komuny, robotnice polerujące palcami części i Lili…
– Teraz pani rozumie. Dlatego chciałem porozmawiać z panią o wierszu jeszcze dziś wieczorem – powiedział. – Kiedy się pożegnaliśmy, zadzwoniłem do Yu. W tej antologii jest wiersz Liu Qina. Yu przesłał mi faksem. Po raz pierwszy wiersz opublikowano w czasopiśmie „Gwiazdy". Liu pracował wtedy jako reporter w „Dzienniku Wenhui". Pisał między innymi o wzorowej fabryce komuny w okręgu Changle w prowincji Fujian. Mam tu kopię reportażu z dziennika. – Wyjął z teczki gazetę. – Propagandowa papka. Nie miałem czasu, żeby przetłumaczyć. Teraz niewiele księgarni, nawet w wielkich miastach, sprzedaje zbiory poezji. Nie sposób sobie wyobrazić, że biedna chłopka pojechałaby do miasta ze swojej wioski, żeby kupić tomik.
– Uważa pan, że wiersz przedstawia prawdziwą historię?
– Trudno określić, w jakim stopniu. Sam opis realnej wizyty w fabryce Wen może być wymysłem. Ale Liu użył w reportażu tej samej metafory: „rewolucyjna szlifierka, która poleruje ducha socjalistycznego ludu". Pewnie między innymi dlatego rzucił pracę.
– Nie zrobił przecież nic złego!
– Nie powinien pisać takich politycznych bredni, ale nie miał odwagi odmówić. Poza tym musiał czuć się winny, że nic nie zrobił, żeby jej pomóc.
– Chyba rozumiem, o co panu chodzi. – Usiadła naprzeciwko Chena na krawędzi łóżka. – Jeżeli Liu rzeczywiście był w fabryce, nie powiedział Wen, kim jest ani tym bardziej nie zaproponował pomocy. Stąd obraz szmaragdowego ślimaka na końcu. To poczucie winy Liu, symbol jego żalu.
– No tak, ślimak zawsze niesie swoje brzemię. Dlatego kiedy tylko skończyłem tłumaczyć wiersz, pospieszyłem do pani.
– I co teraz? – spytała.
– Musimy przesłuchać Liu. Może wtedy nie rozmawiał z Wen, ale przynajmniej wysłał antologię, a ona ją zachowała. A może mieli ze sobą jeszcze inne kontakty?
– Tak, to możliwe.
– Rozmawiałem z ludźmi z „Dziennika Wenhui" – powiedział Chen. – Kiedy Liu mniej więcej pięć lat temu zrezygnował z pracy i założył w Szanghaju firmę sprzedającą materiały budowlane, otrzymał od rządu Singapuru kilka kontraktów dla Nowej Strefy Przemysłowej w Suzhou. Teraz poza przedsiębiorstwem w Szanghaju ma w Suzhou dwie fabryki produkujące materiały budowlane i skład drewna. Dziś po południu zadzwoniłem do domu Liu. Jego żona poinformowała mnie, że Liu jest w Pekinie, gdzie negocjuje umowę, i powinien jutro wrócić do Suzhou.
– Pojedziemy do Suzhou?
– Tak. To strzał w ciemno. Sekretarz Li polecił dostarczyć jutro rano do hotelu bilety na pociąg.
– Sekretarz Li jest niezwykle skuteczny – zauważała. – O której wyjeżdżamy.?
– O ósmej. Do Suzhou dotrzemy około dziewiątej trzydzieści. Li proponuje, żebyśmy spędzili tam dzień lub dwa.
Chen zaproponował, aby przeprowadzali dochodzenie, udając, że zwiedzają. Li chętnie zatwierdził ten plan.
– A więc będziemy turystami – stwierdziła. – A teraz proszę mi zdradzić, jak wpadł pan na pomysł, żeby powiązać wiersz z naszym śledztwem? W nagrodę zaparzę panu kawę. Specjalne ziarna, z Brazylii. Prawdziwy smakołyk.
– Szybko się pani uczy chińskich zwyczajów. Przysługa za przysługę. Sama istota ghanxi. Ale już późno. Wyjeżdżamy wczesnym rankiem
– Proszę się nie martwić. Zdrzemniemy się w pociągu. – Wyjęła z szafki młynek, małą torebkę z kawą i zaczęła szukać gniazdka. – Wiem, że lubi pan mocną.
– Przywiozła pani kawę z Ameryki?