Parker rozłożył ręce.
– To prawda, że nie pozostał nikt, kogo możnaby ukarać, więc rola policji będzie polegała na zamknięciu tej smutnej sprawy, ale wiesz przecież, Joe, że pani Bramley nie mogła zabić Grace! Więc, jak możemy pomóc tym wszystkim ludziom?
– Daj mi klucz… – Joe wskazał palce w górę – ja to zrobię…
– Co? – Parker nie zrozumiał.
– Wyrwę ten miecz z jej piersi i cisnę go na podłogę tak, jak zrobiłby uciekający morderca…
Zamilkł. Parker przymknął oczy. Przez długą chwilę milczeli obaj. Wreszcie komisarz poruszył się.
– Wszystko jest straszliwie nieformalne… – powiedział cicho – a nawet sprzeczne z regulaminem służby. Ale oni wszyscy nie żyją, a bez nich nie wyobrażam sobie, jak moglibyśmy udowodnić, że sprawy przebiegły w tak niewiarygodny i niesamowity sposób… No i ci ludzie… ta żona i dzieci. I ta biedna Amandą Judd… Policjant we mnie krzyczy wielkim głosem o zatajeniu prawdy w śledztwie, ale człowiek we mnie, zatyka mu usta. Wszyscy winni są już ukarani… ostatecznie i bez prawa apelacji. A żywym oszczędzimy cierpień, wstydu i upokorzeń – sięgnął do kieszeni i podał Alexowi klucz. – To od mojego pokoju. Tamten jest w szufladzie.
Joe skinął głową i zerwał się biorąc klucz. Po chwili drzwi zamknęły się za nim.
Przez pewien czas Parker siedział nieruchomo, później przeciągnął ręką po czole, wstał i podszedł do termosów z kawą. Niespodziewanie uśmiechnął się.
– Starzeję się… – mruknął – ale chyba mam słuszność… – Znowu uśmiechnął się. Wypełniała go świadomość odniesionego zwycięstwa, którego znaczenia nie umiał dobrze pojąć.
Drzwi otworzyły się i wszedł Joe. Był blady i usta miał zaciśnięte.
Bez słowa skinął głową i podał Parkerowi klucz, który komisarz schował na powrót do kieszeni.
Nagle usłyszeli z dala donośne, powtarzające się uderzenia.
– Cóż to jest?
– Kołatka przy furcie… Ruszyli korytarzem ku bramie.
– Otwieramy! – zawołał Parker.
Stanęli przy obu kołowrotach i nacisnęli grube uchwyty. Krata drgnęła i zaczęła wolno wędrować w górę.
***